wtorek, wrzesień 26, 2017

... Gdy kawaler ukończył 24 lata i odbył służbę wojskową, szukano mu dziewuchy do żeniaczki między znajomymi, spotykanymi na weselach, jarmarkach, odpustach i innych uroczystościach. Gdy upatrzono taką, która odpowiadała pozycji społecznej i gospodarczej kawalera i jego rodziny, do jej rodziny posyłano swatów. Do takiej misji wybierano osoby wymowne i mające w okolicy pewne poważanie. Swat nie szedł z próżnymi rękami, lecz z flaszką wina lub wódki.

 

Przyszedłszy do rodziców wybranej, pozdrawiał ich, oznajmiał cel swego przybycia o prosił o kieliszek lub szklankę zależnie od tego, jaki trunek przyniósł. Zaproszeni do poczęstunku nie ograniczali się oczywiście do wypicia przyniesionego przez gościa trunku, przed czym się dworsko wymawiali, niby to ganiąc rozrzutność swata /”po co takie kosta robić, siejby się bez tego obeszło”/, ale sami wysilali się, żeby przygotować i postawić godną zakąskę, by odstawić się po gospodarsku i wypaść nie na dziadów, ale honorowo. Pierwszy kieliszek pił swat na zdrowie ojca dziewczyny o nalewał następny w jego ręce, a kolejno w ręce wszystkich dorosłych członków rodziny. W rozmowie swat, spełniając swoją misję, wychwalał zalety reprezentowanego przez siebie kawalera, usiłując przedstawić go w jak najlepszym świetle: że jest pracowity, uczciwy, nie pijak i przy tym omawiał jego stan majątkowy. Również rodzice dziewczyny wychwalali jej pracowitość, znajomość wszelkich robót gospodarskich, że umie upiec chleb, ugotować, itp. Gdy obie strony się porozumiały i rodzice dziewczyny oraz ona sama wyrazili swą zgodę, zapraszano swata, aby przyszedł w najbliższy czwartek z kawalerem i rodzicami.


W umówiony dzień zjawiał się znów swat ze starającymi się o rękę dziewczyny i jego rodzicami, przynosząc wódkę, wino lub ćwiartówkę piwa. Zadanie swata nie był łatwe, on bowiem stawiał rodzicom dziewczyny warunki, chcąc jak najwięcej dla swego kawalera uzyskać na posag i wyprawę. Była to tak zwana „smowa”, czyli zmówiny. W dawniejszych czasach rodzice dziewczyny nie żądali zapisów od rodziców kawalera, natomiast ojcowie młodzieńca żądali sutego posagu od rodziny panny młodej. Odbywały się nieraz istne targi, jakby gdzieś na jarmarku. Nieraz takie targi ciągnęły się parę godzin, bo każda stron starała się wyciągnąć jak największe korzyści. Tu więc w grę wchodziła nie miłość tylko sprawy majątkowe. Chodziło o to, jaki duży worek pieniędzy dadzą rodzice dziewuchy do rąk rodziców kawalera. Rodzice, mający córkę na wydaniu, nie pytali się córki, czy ma do chłopaka miłość. Gdy im się kawaler podobał to sami decydowali o wyborze bez względu na to, czy jej się podobało, czy nie. Gdyby się nie chciała zgodzić na wybranego dla niej chłopaka, wówczas groziła jej kara chłosty ze strony ojca i odmowa posagu za nieposłuszeństwo wobec rodziców, a w tamtych czasach było to równoznaczne ze skazaniem na staropanieństwo i na wegetowanie przy rodzinie w charakterze ciotki – komornicy. Podlegała więc dziewczyna autorytetowi rodziców, wzmocnionemu bezwzględną presją społeczno-ekonomiczną. Wtedy nie było innej rady, tylko musiała się zdecydować wyjść za mąż za kandydata wybranego przez rodziców. Nie wyglądało to znów tak strasznie i rozpaczliwie, jakby to sobie dziś ktoś wyobrażał. Przecież rodzice nie dybali na zgubę swojego dziecka, lecz w oparciu o swoje doświadczenie życiowe starali się zapewnić mu lepszą przyszłość. Życie dowiodło, że małżeństwa kojarzone przez rodziców były zazwyczaj dobierane trafnie i przeżywały zgodnie od ślubu do grobowej deski. Zdarzało się jednak, niestety, zwłaszcza w późniejszych czasach, kiedy obyczaje zaczęły się rozluźniać, że takie pod przymusem rodzicielskim skojarzone małżeństwa bywały kłótliwe, a nawet trafiały się wypadki wykorzystania przymusu do unieważnienia małżeństwa.


W najbliższą sobotę po takiej „smowie” młodzi w towarzystwie dwóch świadków udawali się do księdza proboszcza dać na zapowiedzi, a w następną sobotę szli „na pacierze”, to jest na egzamin przedślubny. Wiele razy młodzi nie byli przygotowani, to wtedy gęś przyniesiona na plebanię lub głowa cukru ułatwiały sytuację i egzamin przechodził gładko.


Od dnia zapowiedzi zaczynało się przygotowanie do uroczystości weselnych. Wszelkie umowy zawarte na zmówinach uzyskiwały sankcję prawną bez względu na to, czy były u notariusza spisane, czy nie i były sumiennie przestrzegane. Rodzice dawali swej córce jako wyprawę: skrzynię malowaną na ubrania, krowę, 4 sznurki korali, pierzynę poduszki, łóżko i sprawiali weselę. Wówczas taka krowa kosztowała 5-70 reńskich, skrzynia malowana z czerwonymi kwiatami 6-8 reńskich, 4 sznury korali 50 reńskich, pierzyna wraz z poduszką i łóżkiem 35-40 reńskich. Posagi w gotówce były niezbyt wielkie, najwyżej do 800 reńskich, jeśliby się znalazła dziewucha, która miałaby 1000 reńskich, to słynęła na całą okolicę i do takiej dziewuchy szli kawalerowie masowo, nie dla jej urody, tylko dla tych 1000 reńskich, które miała otrzymać od rodziców na wiano. Gospodarstwa nie były jeszcze tak rozdrobnione, niektóre miały po 60 morgów. Cesarz Józef II w patencie o sukcesjach poddanych zabronił dzielenia gospodarstw chłopskich. Najstarszy syn miał dziedziczyć całą gospodarkę, a reszta rodzeństwa miała otrzymywać spłat, uczyć się rzemiosła czy innych zawodów. W czasach autonomii Galicji przestano tę zasadę respektować, gdyż powodowała zbyt duże rozwarstwienie klasowe ludności, stwarzając z jednych kmieci a z drugich komorników.


Od pierwszej zapowiedzi rozpoczynały się przygotowania do godów weselnych. Zapraszali rodzice panny młodej i pana młodego oraz państwo młodzi swoich krewnych, sąsiadów, bliskich i znajomych na wesele na drużbów, starostów i starościne. Rodzice młodych zakrzątali się koło tego, by na wesele zapewnić dobrą aprowizację, a na co nie pozwalały zasoby własnego gospodarstwa, to kupowano w sklepie, czy na jarmarku. Zaproszeni na gody weselne też nie pozostawali w tyle. Każdy coś na wesele przyniósł: ser, masło, cukier, kawę, ryż, jagły, bo mówili, że za to, co się na weselu zje, to się powinno także coś dać. Wielu, aby się wmówić na wesele, przynosiło pannie młodej dość obfite dary. Takie wesele było huczne, wesołe. Żartowano z siebie, ale nikt się nie obrażał. Mówiąc prawdę, to chłopi w tych czasach byli bardzo konserwatywni, nie chcieli się z byle kim łączyć, toteż rodzice, wydając córki za mąż, starali się, aby ich przyszły zięć dorównywał im majątkiem. Bogaci na wesela zapraszali bogatych gazdów, bo powiadali, że szkoda się z plewami mieszać. Muzykanci starali się wkupić na wesele bogatych gazdów, usiłowali pozyskać ich darami, aby mogli grać na weselu, bo liczyli na to, że bogaci kmiecie będą na weselu suto sypać z basów.

Przy zapraszaniu zapowiadano, ile dni trwać będzie wesele,: co najmniej dwa dni. Gdyby zapraszający zapowiadali, że wesele trwać będzie jeden dzień, to odpowiadano, że na jeden dzień nie warto się nawet zbierać. Takie jednodniowe wesela były u biedniejszych chłopów, ale może lepsze jak u bogaczy.

 
W poniedziałek wieczór zbierano się u pana młodego, jak to mówili na „schadzkę”, na tzw. „obigrawkę”. Najpierw przybywali drużbowie, bo każdy musiał iść po swoją druhnę i po starostów. Zabawiwszy się u pana młodego, szli drużbowie po swoje druhny, niosąc ze sobą piwo w dzbankach glinianych. Przybywszy do domu druhny, po przywitaniu drużba prosił, by mu podano szklankę. Po otrzymaniu naczynia nalewał piwo i stawiał przed ojcem druhny. Gospodarze naturalnie byli przygotowani na przyjęcie drużby i podawali chleb, masło kiełbasę i wódkę. Druhna zaś przypinała swemu drużbie do lewego boku bukiet z mirtu i białej wstążki i takiż bukiet do kapelusza. Do kieszeni wkładała mu pieniądze i 100 papierosów, owinięte w chusteczkę, a jeśli mu nie dał pieniędzy, to wręczała mu całą kiełbasę. Drużba po tym wszystkim prosił rodziców druhny, aby wybrali się na wesele. Na to też byli przygotowani i wraz z druhną wychodzili, a starościna wręczała drużbie 1-2 koron, zależnie od hojności starostów. Za to drużba miał na weselu druhnę i starościnę wytańcować i drugie tyle przetańcować. Zdarzało się nieraz, ze drużba natrafiał na starostów hardych, którzy, gdy ich prosił, aby się na gody weselne zbierali, odpowiadali, że na żadne wesele nie pójdą, bo ich nikt nie prosił. Ale rodzice pana młodego czy panny młodej znali takie chimery starostów, więc posyłali po nich drużbów morowych, którzy już kilka wesel odbyli, bo nowicjusz mógłby takiego starosty na wesele nie sprowadzić. Lecz doświadczony drużba brał się na sposób. Leżącemu na łóżku staroście przynosił wodę na miednicy do łóżka, umył starostę i obtarł go. Następnie przynosił mu koszulę, spodnie, kamizelkę i bluzę a nawet buty wyczyścił i postawił koło łóżka. Wówczas dopiero ten hardy starosta wstawał i ubierał się. Był z tego zadowolony i dziękował rodzicom Państwa młodych, że go poważają, że przysłali po niego drużbę morowego, nie jakąś ofermę. Po przybyciu do domu państwa młodych zapraszano ich do stołu, gdzie czekała na nich przekąska: kołacz lub babka z kawą, a na poczęstunek wódka i piwo.


Drużbowie przychodzą do pana młodego z muzyką i śpiewają za oknem:

(Mel. 1)
Jedziemy, jedziemy do pana młodego
zeby mu usłużyć na weselu jego.


Pan młody niek wstanie na nase śpiewanie
muzyce do basów do na przywitanie.


Idą tu drużbowie, nie zodno hołota,
a ty panie młody, otwiyroj nom wrota.

Chocioz w ciąmnyj nocy do ciebie idźmy,
przyjmijże nos wódkąm, służyć ci bedęmy

Puk, pukw okieneczko, puś-ze noc matecko,
puś-ze nos do domu ku panu młodemu.


Pan młody wychodzi i wprowadza drużbów do izby, częstuje trunkiem i przekąską, daje drużbie dzbanek z piwem. Gdy się już wszyscy zejdą, wyruszają do panny młodej. Przy wyjściu jeden z drużbów śpiewa w imieniu pana młodego:

(Mel. 1)
O moja mamusiu, moja mamo droga,
Pódę do dziewczyny, bo mi się podoba

Drużbowie i goście weselni śpiewają:

(Mel. 1)
Starosta staroście zastąpiuł na moście,
A wy starościne piyknie Boga proście.

Kumosia kumosi gorzołeckę nosi,
Kumosia nie kce pić, gniywo sie o cosi.

Idęmy, idęmy, drózecki nie wiymy.
ale ludzie wiedza, to nom opowiedzą


Przez całą drogę do panny młodej śpiewają piosenki jeden nad drugiego. Przyszedłszy do panny młodej zastają ustawioną bramę, a przy niej kukłę ze słomy, imitującą dziada ubranego w stare zniszczone ubranie, wypchane słomą. Pilnuje go dwóch dziadów, by go kto nie wywrócił. Wejście do domu zamknięte jest żerdzią. Gdy nadchodzi drużyna pana młodego, wychodzą przed bramę goście panny młodej i śpiewają:

 


(Mel. 1)

Wyziyroj dziewczyno dolnym okieneczkiem,
Co tu idzie ludzi z twoim kochaneckiem.
A moja mamusia otworzyła wrota,
Bo przysło wesele nie zodno hołota.

Drużyna pana młodego przyszedłszy przed bramę domu panny młodej śpiewa:

/Mel. 1/

Moja pani młodo otwiyroj pałace,
Idzie tu pan młody, ale bardzo płace,
A wyjdzijze do nos, a przywitojze nos,
cóz bedzies płakała, coz bedzies płakała,
Cemuześ nie posła, jak cie ludzie kcieli,
Inoś nos cekała, inoś nos cekała.

Przy bramie odbywały się przemówienia okolicznościowe. Ze strony pana młodego oświadczają, że idą na jarmark do Tymbarku i chcieliby kupić jałówkę, ale wydarzoną. Weselnicy panny młodej proponują, by wybrać u nich jakoś pannę i prezentują przybyłym poszczególne druhny, ale tamci gramszą i dopiero, gdy przyprowadzą pannę młodą, ta im się udaje i decydują się na jej kupno. Wtedy najstarszy drużba wyciąga flaszkę wódki, wszyscy pija na zgodę, przewracają żerdkę i dziada i wchodzą do domu panny młodej. Zasiadają na ławach ze stołem a służba weselna przynosi poczęstunek: kołacze, babki, kawę, mleko, piwo i wódkę. Tymczasem druhny i starościne ubierają pannę młodą.A oto ubiór panny młodej: spódnica biała w 6 półek, wizytka granatowa, wyszywana świecącymi szelążkami, na to chustka niebieska, cienka w czerwone kwiatki. Włosy uczesane w jeden warkocz. Na głowie wianek z barwinku, ruty, nieśmiertelników i innych kwiatów. We warkoczu wplecione wstążki z kwiatami. Na nogach buty z cholewami – dar pana młodego.Ubiór pana młodego to: gurmana z sukna szaraczkowego, kołnierz wykładany i końce rękawów obszyte aksamitem, spodnie białe lub granatowe z boku wyszywane szutaziem czerwonym, kamizelka biała lub granatowa z kieszonkami z klapami czerwonymi, jedna para kieszonek u góry a druga u dołu, kapelusz mały z krótkim rondem, obwiedziony wstążką czerwoną z kwiatami, za którą zatknięto pióra kogucie i bukiet czerwony lub biały, buty karbowane, polskie /to znaczy zeszyte z tyłu/, przy lewym boku bukiet z mirtu z białą wstążką, który mu przypięła panna młoda.


Gdy panna młoda już w pełni wystrojona, wszyscy przygotowują się na wymarsz do kościoła. Przychodzących gości wita muzyka, wychodząc im naprzeciw, za co oni odwdzięczają się wrzuceniem do basów brzęczącej monety. Najstarszy drużba zbiera składkę na muzykantów od drużbów, zaś najstarszy starosta od starostów w wysokości zależnej od tego, jak daleko do kościoła, bo czasie przemarszu korowodu weselnego od domu panny młodej nikt już do basów nie wrzuca, ani w drodze do kościoła, ani przy powrocie z kościoła do domu.

Najstarszy starosta ze strony pana młodego, który już na wielu weselach wygłaszał oracje, występuje na środek izby i zwraca się do drużyny weselnej: „Moi sanowni goście, przestąńcie granio i tąńcowanio, bo kociłbym pedziem porę słów do tyk młodyk”. „A wos prosę o przebaczenie a wy mi za to podziękujecie, Pon Bóg stworzył piyrsego cłowieka Jadama i posadził go w piyknym pięknym rozkosznym raju, kaj była jasność i dobroć sama. Jadam chodził po raju, stawoł przy drzewie i gaju i sytko miłe opatruje i wzdycho do Pana Boga tymi słowami: ach Boze aj Boze, tyle jest ptasąt i tylo tu jest zwierzyny i kozdy mo z nik jakieś towarzystwo, atu cłowiek sąm na tym Bozym świecie nic mieć ni może. Pon Bóg miłościwy i dobrotliwy a ta dobroć sama zesyła swoją prawicę i stawio przy jego boku pięknej urody dziewicę. Tak i ty panie młody błąkołeś situ i ówdzie, aleś nie wiele zbłądził i dostajes dziewicę cnoty i urody, któro ci się ze sytkiem dobtym staje i od dnia dzisiyjsegostaje przy twoim boku i jako twoja oblubienica nie opuści cie do śmierci ani na jeden krok. A ty dziewcyno przystojno proś ojca i matkę o błogosławieństwo, a osobliwie proście obydwoje. Obydwoje wy ojcowie wzniyście swoje serca do Boga i błogosławcie swoje dzieci, jim w zyciu tego potrzeba”.


Następuje rzewna chwila. Państwo młodzi klękają przed ojcem i matką panny młodej, a oni, błogosławiąc, skrapiają ich wodą święconą, przygotowaną na talerzu. Wówczas najstarszy drużba zwraca się do gości weselnych tymi słowy: „A wom mili goście ni mom co opowiadać, ani wos wołać po imieniu, przynojmni krzyknijcie „wiwat” dlo tyk młodoni, a dostaniecie po kielisku wódki”. Na takie wezwanie wszyscy zgodnie śpiewają chórem:

/Mel.2/
Wiwat, wiwat, niek zyją, zyją nom,
Sto lat, sto lat, niech żyją, żyją nom,
niech żyjom nom!

Po błogosławieństwie drużyna weselna wyrusza do kościoła. Wtedy dla panny młodej śpiewano:

/Mel.3/
Wyjyzdzoj do ślubu, bo cie Jaś polubił
I ty kochoj twego Jasięńka miłego.

A jak ci ślub dadzą w tym nasym kościele
Nie wstydź się Marysiu, odpowiadaj śmiele.

Wtedy śpiewano do pana młodego:

/Mel.3/
Wyjyzdzoj, wyjydzoj, żebyś o tym wiedział,
Siadoj na konisa, żebyś na nim siedział

Drużbowie śpiewają:

/Mel.4/

Zaprzęgajcie konie do cugu, do cugu,
Wybiroj się Maryś do ślubu, do ślubu.

Oj ładnie ci, ładnie między panienkami,
Najładniejszy kwiotek między rózyckami.

W nasym ogródeczku cyrwone goździki
Zaprzęgoj Jasięńku cisawe koniki

Jakze ik zaprzęgać, kiedy się miotają,
Ciązki zol dziewcynie, kiedy ji ślub daj.

A niek się miotają, a jo pudę za niom,
Będę się przyglądał, cu ji łądnie paniom.

Starostowie śpiewają:

/Mel.4/

Idźmy, idźmy, tąm drózeckąm polnąm,
Ludzie powiadają, ze idzie brat z siostrąm.

Dobrze się oząnić ale po świadomu,
Żeby nie sprowadzić próźnioka do domu.


Im dalej z domu do kościoła, tym więcej wysilają się na różne okolicznościowe przyśpiewy, w których wychwalają zalety młodych i ich rodzin. Nie brakuje też docinków i aluzji zrozumiałych dla grona wtajemniczonych…

 


Gdy już drużyna weselna wchodziła do miasteczka Limanowej, wtedy goście weselni uszykowali się w uporządkowany korowód. Najpierw szła panna młoda, prowadzona przez dwóch pierwszych drużbów, za nią pan młody, w asyście dwu pierwszych druhen, a następnie parami drużbowie ze sowimi druhnami, starostowie ze starościnami starościnami i w końcu muzykanci, przygrywający drużynie weselnej aż do bram kościoła.


W kościele najstarszy drużba udaje się na chór, bo do niego należało zapłacić organiście za zagranie i odśpiewanie wielce cenionego i miłego hymnu „Veni Kreator Spiritus”, zwanego w gwarowym skrócie „Wenikrot”. Oprócz wręczonej według honoru i uznania gotówki częstowano organistę wódką. Piękne zagranie i odśpiewanie „Veni Kreator” wzruszało wszystkich uczestników wesela, najbardziej zaś samych nowożeńców, wywołując często łzy niezwykłego wzruszenia. Toteż w drodze powrotnej z kościoła co jakiś czas intonował jakby dla podkreślenia i przypomnienia tego miłego wzruszenia tę samą, a mimo to nie wywołującą znudzenia piosenkę:

/Mel.4/   
Nasyj pani mlodyj ładnie ślub dawali,
Świyce się świeciły, wenikrot ji grali.

… Po ślubie prowadzili państwa młodych już nie drużbowie i druhny, ale starościne i starostowie. Muzyka przygrywała drużynie weselnej, a weselnicy podśpiewywali stosowne do chwili piosenki:

/Mel.4/
Panie organisto i wy jegomości,
Narobiliście nom dzisiok wesołości.

Albo

Jak momy dziękować księdzu jegomości,
Ze nom dzisiok sprawił telo wesołości.

Powiadali ludzie, że ty będzies ciotkąm
Będzies gospodyniąm i to nawet kmiotkom.

Dawniej taneczno-zabawową część wesela odbywano w karczmie wiejskiej, gdyż mało, kto miał tak obszerne izby, by pomieścić ucztę weselną i wymagającą przestrzeni zabawę taneczną. Karczem zaś nie brakowało w żadnej wsi, bo dwory nie budowały na wsi szkół, tylko stawiały karczmy, które wydzierżawiano żydom. Żyd oczekiwał weselników przed karczmą z flaszką wódki przeznaczoną na poczęstunek gości przy zaproszeniu do karczmy. W obszerniejszej izbie karczmy tańczono, a w alkierzu odpoczywali i popijali starsi gazdowie. Pierwszy dzień przeważnie tańczono w karczmie, karczmie na posiłki szli goście weselni do domu panny młodej.


Na weselach grywali cyganie z Mordarki lub chłopi z okolicznych wsi, a także i żydzi. Muzykanci musieli być dobrymi grajkami i musieli umieć pochwycić każdą melodię, zaśpiewaną w „przodu”, gdyż inaczej mógłby od tego, który zapłacił „przodek”, oberwać po głowie i nasłuchać się nieprzyjemnych „komplementów”. Chłopi i kobiety byli w tych czasach dobrymi tanecznikami, bo co niedzielę i w jarmarki były w karczmach muzyki, więc nauczono się dobrze tańczyć. Dziś wesela nie wstępują do gospod, ale idą wprost do domu panny młodej.


Gdy wesel zbliża się do domu panny młodej, matka jej wychodzi naprzeciw na drogę, niosąc na przetaku chleb i sól i wręcza nowożeńcom, aby im w pożyciu małżeńskim nie brakowało chleba i soli. Następnie goście weselni wchodzą do domu i zasiadają do posiłku, który roznoszą drużbowie. Dawniej podawano potrawy w miskach wyrabianych w Podegrodziu. Z jednej miski jadło od 4 do 8 osób. Jedzono łyżkami drewnianymi, które wyrabiali górale ze Słopnic. Na pierwsze danie podawano ziemniaki z rosołem, a na mniejszej misce mięso wydzielone na porcje, które zwano „stukami”, na drugie danie był ryż na mleku lub gotowany ze słoniną, albo pęcak jęczmienny lub kasza z flakami, na trzecie podawano makaron ze serem.


Po śniadaniu zaczynały się tany, które rozpoczynali drużbowie, przyśpiewując przeróżne okolicznościowe piosenki. Jak np.:

/Mel. 5/
Pódżno tutok Róziu, będzie nam wesoło
A teraz choć roz dwa obróćmy się w koło

Przypiełam gałązkę ze samego chrustu,
Bo dostałam druzbę do swojego gustu

Tańcowołby druzba, ale ciasno izba
zeby piec wyjeni, byłoby przestrzeni.

Posedom po druzcke i wzionę se wina
Skoro w dom wstępuje, mojej druzcki nima

Nie bedę jo wcale wydawać się jesce,
który chłopok ładny, to mnie zoden nie chce

Nie będę się zenił, nie będę się spieszył,
Będę się zalycoł i panienki ciesył

Nie będę się zenił az do lot śterdzieści
Może potanieje ten towor niewieści

Drużba tańcujący z panną młodą wychwala pana młodego:
Nasa pani młodo wielkie scęście miała
Bo się za ładnego chłopoka wydała

W kolejnym przodku przechwala się druhna:
Obiecał mi Waluś słomiany kapeluś.
Stązecke do niego, żebym była jego

Nie kcę jo Lalusia ani kapelusa,
Ani wiązki jego, nie pójdę za niego

Drużba tańczący z panną młodą śpiewa w jej imieniu:

/Mel. 6/
Wiedziełoś ty, ze mnie weźnies
Tylko z pola zyto zeznies
Tyś go zezuł i omłócił
Wtedyś się po mnie obrócił

Gdy się już towarzystwo dobrze rozhulało, do głosu w przodku zabierają się starostowie, intonując własne przyśpiewy, jak np.:

/Mel. 5/
Zagrojze skrzypecku, zagrojze staroście
Bo to gros kmieciowi, nie zodny hołocie

Grojze mi skrzypecku, groj po staroświecku
Bo to starościnie, nie zodnemu dziecku

Żebyście widzieli prawego Polika
Będę wom, tańcując, śpiywoł krakowioka

Krakowioka śpiewom, innego nie umiem
Terażniejsej mody wcale nie rozumiem

I znowu jakiś drużba

/Mel. 5/
Zagrojze skrzypecku, niek ci strony dźwięcą,
Niekze się druzecki tańcować naucą

Żebym jo był księdzem, siedziołbym jak w niebie,
Nie chodziłbym wcale, dziewcyno do ciebie

Dziewcyno, dziewcyno, moje sto tysięcy,
Kieby mi cię dali, nie kciołbym nic więcy

Druhna:

Matuś moja, matuś, nie daj mnie za wodę,
Bo jo nie gąsecka, pływała nie będę

O moja matusiu, nie daj mnie za morze,
Bo jo nie ptasyna, co przelecieć może


Drużba:

/Mel. 7/
Na Podolu bioły kamień,
Hej Podolanka siedzi na nim.
Siedzi, siedzi, wionki wije,
Hej z biołyj rózy i z lelije.
Przysed do nij cudzoziąmiec,
Hej Podolanka daj mi wieniec.
Dałabym ci weiniec, dała
Hej zebym brata się nie bała.
Otrułaś ty brata swego,
Otrułabyś mnie samego.
Idź do dau wiśniowego,
Hej znajdzies węza jadliwego.
A brat pije z konia leci,
Hej Podolanko dbaj o dzieci.
Inny drużba:

Oj, nima to, nima jak na gaiku,
Cyrwone jabusko na suchym patyku.
Śtery mile lasu same osicyny,
Nie póde do gdowy, póde do dziewcyny.

Druhna:

/Mel. 5/
Śtyry mile lasu samoego jałowca,
Nima na Stary Wsi porządnego chłopca.
Drużba:

Śtyry mile lasu, same osicyny,
Nima na Stary Wsi porządne dziewcyny.

Siwy konik, siwy, na pośrodku grzywy,
Będę dziopy zwodził póki będę zywy.

Ścięli dąbek, scieli, już nie będzie rodził,
Wzięli mi dziewcynę, com do niej przychodził.

Siykiyreckąm zaciął, trzoska odleciała,
Powiydzze mi Maryś, cy mnie bedzies kciała.

Ponieważ goście weselni w pierwszą noc wesela nie spali, mimo zabaw wśród śpiewów, muzyki i tańców, przerywanych na posiłki, wśród których najważniejszym był podawany na gorąco obiad, czuli się pod wieczór zmęczeni i bliżsi sąsiedzi chętnie już po obiedzie wracali do swoich domów, aby się przespać i wypocząć na drugi dzień wesela. Dla tych, którzy mieli daleko do domu, zaścielano w pomieszczeniach domu weselnego słomę i kto był już senny, kładł się na posterunku weselnym w ubraniu jak żołnierz, by być gotowym po przebudzeniu do dalszej zabawy. Nie łatwo jednak było wyspać się wśród rozgwaru zabaw młodzieży, która, będąc kondycyjnie odporniejsza na zmęczenie, wymyślała różne figle i rozrywki.

 


W środę rano każdy drużba otrzymywał od ojca panny młodej litr wódki i udawał siępo starostów i „zaproszeńców”. Zaproszeńcami nazywano weselników zaproszonych na drugi dzień wesela. Byli to przeważnie ubożsi sąsiedzi. Każdego przybywającego witała muzyka dziarskim marszem, za co uhonorowany gość wrzucał do basów parę szóstek. Każdego po powitaniu zapraszano do stołu i goszczono, zachęcając do jedzenia i picia. Starsi więcej posiadywali przy stole, rozmawiali, grali w karty i od czasu trochę tańczyli. Młodzież natomiast nie chciała stracić żadnego tańca i przerywała wir taneczny jedynie na te chwile, gdy muzykanci udawali się na posiłek. Drugiego dnia zabawy wszędzie większy tłok, gdyż gości jest więcej. Po obiedzie odbywało się obrzędowe obtańcowywanie panny młodej, które trwało aż do oczepin. Każdy uważał za obowiązek i honor zatańczyć przodek z panną młodą. Aby nikt nie był pominięty, porządku pilnował starszy drużba, który wywoływał po nazwisku najpierw starostów, a następnie drużbów. Monotonię apelu do przodka starał się drużba urozmaicić jakimś dowcipem. Samo wywoływanie również ubierał w rymy mniej lub więcej dowcipne, a czasem tylko sterotypowe, jak np. „Słoneczko wschodzi, misiącek zachodzi, staroście N… /lub drużbie X/ zagrać się godzi, bo się nie zubozy, choć ryński do basów włozy.” Wezwani płacili przodek i, jak kto umiał, tak śpiewał jakąś piosenkę z komplementem dla panny młodej, życząc jej powodzenia w przyszłej gospodarce i w życiu rodzinnym. Kto nie umiał, czy nie dał rady dużo tańczyć, obracał się symbolicznie, kilka razy w koło, z panną młodą i oddawał ją następnemu tancerzowi.

 


A oto kilka przykładów śpiewanych przy takich przodkach piosenek na weselach Lachów limanowskich:

/Mel. 1/
Mom siwego konia, na siwego siadom,
A tego burego – podaruję dziadom.

/Mel.8/
Nie pojadę jo do lasa,
Bo jo mało chłopcyna,
Drzewo by mnie przywaliło,
Płakałaby dziewczyna.

/Mel. 1/
Dziewcyno, dziewcyno,
Źle o tobie radzą,
Wionecek ci wezną,
Cepecek ci dadzą.

Nie kciałać ty Maryś,
We wionecku chodzić,
Kozałaś se Zydom,
Cepcysko porobić.

Nie kciałaś dziewcyno,
Ojca matki słuchać,
Bedzies se musiała,
Kolybeckom ruchać.

Zrobili wionecek,
Z najpiykniyjsyk kwieci,
Niek ci sie dziewcyno,
Na twyj główce świeci.

Spojrzyjcie panienki,
Spojrzyjcie męzatki,
Jaki zol dziewcynie,
Odchodzić od matki.

Nie brak też żartobliwego przekomarzania się weselników w wyśpiewywanych piosenkach, a zwłaszcza drużbów i druhen.

Drużba:

 


/Mel. 1/
Przylecioł gołąbek,
Na wysoki dąbek,
Zajrzoł do dziewcyny,
Jaki mo porządek.

Świnie w piecu ryją,
Psy nacynia myją,
Talyrze pod progiem,
Przykryte barłogiem.

Izby nie zamiecie,
Warkoca nie plecie,
Krowy nie podoi,
Ogona się boi.

Drużba II:

/Mel. 1/
Na wysokim dębie
Gruchały gołębie,
Ze moja dziewcyna,
Jest ładno na gębie.

Śtyre mile lasu,
Piąto mila pola,
Jadę bez popasu,
Kaj dziewcyna moja.

Druhna:

/Mel.1/   
Powiadają ludzie,
Ze ni mom koroli,
Bo moja mamusia,
Nie poiada roli.

Powiadają ludzie,
Ze ni mom trzewików,
Bo moja mamusia,
Nie sioła ogórków.

Powiadają ludzie,
Ze ni mom jo chustki,
Bo moja mamusia,
Nie sioła kapustki

Drużba:
Cy jo niescęśliwy,
Cy mój konik siwy,
Cy jo nie zajadę,
Do mojej rodziny.

Moja rodzinecka,
Marnie wyginęła,
Brata mi zabili,
Siostra utonęła,
Na syroki rzyce.

Druhna:

/Mel. 9/
Syćkie się pola zazieleniły,
Moja psząnicka nie wschodzi,
Syćkie siępanny powydawały,
A po mnie nikt nie przychodzi.

Drużba:

/Mel. 3/
Hej krakowiok jeden,
A Mordarcek drugi,
Jadę do Krakowa,
Wypłocają długi.

Hej krakowiok jeden,
Mioł koników siedem,
Seść se doł Marysi,
Dostoł mu sięjeden.

Drużba:

/Mel. 10/
Świyci miesiąc na niebie,
Puść mnie miłą do siebie,
Hej, hej, hej, romta dryja,
Puść mnie miło do siebie.
Druhna:

Jakze jo cie puścić mom,
Jo ubogo, a tyś pom.
Hej, hej, hej, romta dryja,
Jo ubogo, a tyś pom.
Drużba:
Po cym ześ mnie poznała,
Ześ mnie panem nazwała?
Hej, hej, hej, romta dryja,
Ześ mnie panem nazwała

Druhna:
Poznałam cie po mowie,
I copecce na głowie,
Hej, hej, hej, romta dryja,
I copecce na głowie.

Drużba:
Jaskółecka ranny ptok,
Zbudziła nos rano w cas,
Hej, hej, hej, romta dryja,
Zbudziła nos rano w cas.

Wówczas również śpiewano:

/Mel. 1/       
Siwy gołąbecek, maleńko ptosyno,
Spodobała mi się u wójta dziewcyna.

Nie chcę jo ślachcionki, bo by mnie zniscyła,
Jesce w łóżku lezy juzby kawę piła.

A miescki tyz nie kcę, bo okrutnie płocho,
Męzowi przyświodco, a innego kocho.

I przechrzcionki nie kcę zydowskiego rodu,
Systek mi cosnek wyjadła z ogrodu.

Lotego się zonię nie kaj, ino na wsi,
Bo Kasia chlyb piece i kapustę kwasi.

Bo tyz lo takiego Starowsioka zucha,
Najlepso na zonę jest wiejska dziewucha.

Nie kcę Zalesionki, ani zagranicnyj,
Pódę jo se, pódę, do Kasieńki ślicnyj.

Drużba X:
/Mel. 11.
Bił mnie będzie ktosi, albo jo kogosi,
Bo mi się cupryna na głowie podnosi.
Jak do karcmy idę i gorzołkę piję,
Kto mi w drogę wlezie, tego po łbie biję.
Pamiytojcie chłopcy, jak się mocie zonić,
Bo tego ni sprzedać, ani tyz odmienić,
Nie pódę do gdowy, choćbym i sto lot zył,
Powiedziałaby mi, ze tamten lepsy był.
Ozonić się z gdową – być za niewolnika,
Trza kochać za siebie i za nieboscyka.

Wówczas również śpiewano:

/Mel. 1/
Uciekła mi przepiórecka w proso,
A jo za niom nieborocek boso,
Uciekła mi przepiorecka w las, w las,
A jo za niom nieborocek w las, w las.

Wśród takich to i wielu innych przyśpiewów i tańców, przerywanych jedynie na posiłki i wypicie kielicha, szybko upływał czas oraz zbliżała się pora oczepin. Już i w przyśpiewach do przodków coraz częściej słyszy się napomknienia i aluzje do „cepin”, jak np.:

/Mel. 11/
A jak będą panią młodą cepić,
Będą miały starościne co pić.

Albo

/Mel. 3/
Jak cię będą cepić, spojrzyj na powały,
Zeby twoje dzieci ładne ocka miały.
Spojrzyj na okienka, Marysiu kochana,
Zebyś wychowała syna nie ułana.


Właściwą porę oczepin ogłasza starosta weselny, który dla humoru dawniej czynił to w sposób teatralny. Przebierał się w bluzę i czapkę żołnierza austriackiego niby to dla dodanie sobie autorytetu oficjalnego herolda, a w gruncie rzeczy ośmieszał symbole austriackie i występował jako błazen bębniący drewnianym łyżkami na drewnianym skopku od mleka, ogłaszając, że jest do sprzedania krowa wydarzona i mleczna.

 


Posadzenie panny młodej na krzesełko do oczepin należało do obowiązków najstarszego drużby. On tańczył z nią ostatni przed oczepinami, on musiał ją posadzić na krześle i uważać, aby mu nie uciekła, gdyż ośmieszyłby się wobec gości weselnych. Musiał to być zuch energiczny i silny. W tym czasie śpiewano:

/Mel. 12/
Uciekoj mysko do dziury,
Bo cie tam złapie kot bury,
A jak cie złapie kot bury,
To cie obedrze ze skóry.

Gdy już panna młoda siedziała na krześle, obstępowały ją starościne z druhnami, dawano jej do ręki talerz, na który starościne składały pieniądze dla niej, za co ona dziękowała każdej pocałowaniem w rękę. Najmniejszy datek na czepiec wynosił 2 korony.


Teraz przystępują do ceremonii czepinowych. Z głowy zdejmują wianek i wyrzucają przez okno. Starościna obcina włosy po kark, druga podaje czepiec. Jest to chustka wiązana z długim ogonem, którą zanosiła do kościoła na ślub, a ksiądz ją poświęcił. Po powrocie z kościoła starościna wręczyła ją matce pani młodej, która chowała ją do skrzyni i teraz wydobyła na oczepiny.


Pan młody musiał teraz panią młodą wykupić od starościn. Jako zapłatę wręcza każdej starościnie a także i zaproszeńcom po butelce wina, przeważnie po pół litra, rzadziej po oryginalnej butelce wina. /Kosztowało 25-30 centów/  Muzyka przygrywała stosowne melodie, a weselnicy częstowali się winem i śpiewali:

/Mel. 13/
Winko, winko, winko cyrwone,
Jak jo będę winko piuł,
Kto mi będzie w przodku tąńcył,
Winko, winko, winko cyrwone.

Starostowie przyśpiewywali starościonom:

/Mel. 9/
Wyleciała spod nolepy zabka,
Zrobiła się z panny młode babka.

Starościne zaś replikowały:

Wylecioł tyz spod nolepy zob, zob,
Zrobiuł się z pana młodego dziod, dziod.

Starościne i druhny śpiewają pannie młodej:

/Mel. 14/
Oj chmielu, chmielu, ty bujne liście,
Wzięliście pannę, zacepiliście.
Zebyś ty chmielu na tyki nie loz,
Nie robiłbyś ty z panienek niewiost.
Ale ty chmielu na tyki lezies,
Niejednyj pannie wionek odbierzes.

Po tym melancholijnym przyśpiewie następuje pocieszająca piosenka:

/Mel. 15/
Dwanoście listecków na tyj drobnyj rózy,
Dwanoście aniołków pannie młodej służy.
Piyrsy anioł niesie miłości poznanie,
Drugi anioł niesie od Boga natchnienia.
Trzeci anioł niesie mirtowy wianecek,
Cworty anioł niesie ąlubny pierściąnecek.
Piąty anioł niesie od Boga małzeństwo,
Sósty anioł niesie jej błogosławieńswto.
Siódmy anioł niesie korunę na głowę,
Ósmy anioł niesie berło jak królewnie.
A śtyrek aniołó stoi ponad głowąm,
Trzymając korunę jakby nad królowąm.

Potem śpiewają w imieniu panny młodej:

/Mel. 16/
Za Limanowąm siedem mil,
Tam się trowecka zieleni.
Nad tąm troweckąm łyscyna,
Pod niąm siedziałą dziewcyna.
Złociste włosy cesała,
I taką piosnkę śpiewała.
Hej moje włosy złociste,
Słuzyłyście mi zaiste.
Teroz mi słuzyć nie kcecie,
I pod nozycki idziecie.
Zostąńcie zdrowe druzecki,
Wy które mocie wiąnecki.
Zostąńcie zdrowi druzbowie,
Mego wiąnecka wrogowie.
Bo jo go dzisiok sprzedała,
Trzysta talarów dostała.
Zostąńcie zdrowi mamusiu,
Niek ci się darzy córusiu.
Zastąńcie zdrowi, tatusiu,
Boże cieprowadź córusiu.

Następnie rozpoczynają się tance z oczepioną już panią młodą. Starostowie płacą do basów za starościne, drużbowie za druhny. Pierwsza z oczepioną córką tańczy jej matka, przyśpiewując:

/Mel. 3/
Oj ciesy się, ciesy, nasa rodzinecka,
I ześ ty do casu domiała wiąnecka.
Nie straciłaś go ty jako innyk wiele,
Aleś go straciła przy świecy w kościele.
Córuś moja, córuś, com cię wychowała,
Jakiem się pociechy z ciebie docekała.

Gdy matka ukończy obrzędowy taniec, sztafetę przejmują starościne i każda stara się coś zaśpiewać do przodku. Jedne pocieszają mocno przeważnie wzruszoną i długo nieraz plączącą przy tym obrzędzie pannę młodą. Kobiety zgryźliwe, często nękane niezbyt układającym im się pożycie małżeńskim, nie czynią delikwentce różowych horoskopów, lecz wręcz przypominają czekającą ją prozę i cienie małżeńskiego życia. Przewija się też w różnych wersetach pesymistyczna i złowróżebna opinia o sytuacji kobiety w małżeństwie niegdyś lapidarnie sformułowana przez Mickiewicza w „Dziadach”: „Kiedy na kobietę zawołają żono, już ją żywcem pogrzebiono”. Tak więc w piosenkach podobnie jak w życiu radość miesza się ze smutkiem, a czarne chmury przebija pełen nadziei promyk słońca. A oto kilka przykładów śpiewanych w tej sytuacji piosenek:

/Mel. 5/
Nie płac Maryś, nie płac, nie biere cię matac,
Biere cię uroda, chłopiec jak jagoda.
Nie trop się Marysiu, co bedzies robiła,
Pódzies do Stasieńka, bedzies kawę piła.
Nie trop się Marysiu, ze ty będzie paniom,
Zapłaces ty nieroz, zaślochos za ścianąm.
Nie płac Maryś, nie płac, bo nic nie wypłaces,
Pódzies se do chłopa na owsiany placek.
Maryśmoja, Maryś, byś nie shonorniała,
Jak się kiej zejdziemy, byś mnie przywitała.
Oj świyci się, świyci, na kościele gołka,
Marysia ze Stasiem to jest ładno porka.

Dla rozładowania zbyt długo trwającego poważnego nastroju oczepinowego, któryś wąsiasty starosta przebiera się za kobietę, wchodzi do izby i usiłuje witać się z kobietami ich zwyczajem, to znaczy pocałunki w policzki. Dużo jest śmiechu, gdy zafrapowane przebiegiem obrzędu kobiety nie zaraz się spostrzegą i uda mu się dwie, trzy wprowadzić w pole, zanim się zorientują, co to za kobieta przychodzi.


Znów wracają wszyscy do tańców w odprężonej już atmosferze a co chwilę słychać nowe przyśpiewki, to własnej intencji niektórych weselników, to oklepane i powtarzane niejednokrotnie aż do znudzenia. Nie każdy zresztą potrafi śpiewać, gdyż nie każdy ma słuch i jaki taki głos. Czasem jedni drugich prosili, żeby coś w ich imieniu zaśpiewali, chociaż nie zawsze mogli być zadowoleni z takiej wyręki.


Starostowie droczyli się ze starościnami, zarzucając im różne niezręczności i usterki w ich obowiązkach weselnych, jak, np.:

/Mel.3/
A wy starościne, coście narobiły,
Zeście panią młodą krzywo zacepiły.


Starościne też nie próżnują i odcinają się mniej lub więcej zręcznie. Najwięcej uwagi poświęcają jednak pani młodej, np.:

/Mel. 14/
Ozeniłaś się to chwała Bogu,
Wziąłaś se chłopca z dobrego rodu.

Druhny śpiewały:

/Mel. 3/
Gawrąnka tańcuje i Gawrąnka płaci,
Ale i u ludzi honoru nie traci.
Nie bedzies, nie bedzies juz tu dłuzy słuzyć
Pódzies se do chłopa, jaz sie będzie kurzyć.
Nie załuj dziewcyno baryłecki miodu,
Bo ześ się dostała do dobrego rodu.
Dziękuję ci Franuś, ześ do basów włozył,
Jo się uciesyła, tyś się nie zubozył.

Nie trzeba przypominać, że w czasie wesela nikt nie przymierał głodem, gdyż posiłki i poczęstunki częste, a na główne posiłki /jak śniadanie, obiad i wieczerza/ podawało się dania gotowane.

 


Goście nawet odżegnują się od ciągłych zaproszęń i „prinuki” do jedzenia i picia. Dbające więcej o linię druhny wprost odcinają się od zbyt natrętnych zaprosin do jedzenia, śpiewając:

/Mel. 3/
Nie po tom tu przyszłą, żebym jadła, piuła,
Alem po to przyszłą, zebym się bawiła.

To też, gdy starsi znużeni już więcej przesiadują dłużej przy stole, drużbowie tańczą z druhnami i przekomarzają się w śpiewie:

/Mel. 3/
Minął jadwięt, minął, nadyjdą zapusty,
Nie kcę cie Jagniysko, bo ni mos kapusty.
Ni mos kapusty zimnioków ci braknie,
A takie dziywychy mądry chłop nie łaknie.
Godali se chłopcy, jo ich podsłuchała,
„zeniłbym się z koząm, by pieniądze miała”
A jo tyz podsłuchoł: „choćby był rogaty,
Posłabym za capa, byle był bogaty”.
Byle był bogaty, choć o jednym oku,
Posłabym za capa jesce tego roku.

W środę wieczorem, lub w czwartek rano całe wesele przenosi się do domu pana młodego, zabierając wraz z panią młodą całą jej wyprawę, a więc skrzynię z ubraniami, pierzynę, poduszki, a nawet krowę, która w tym wypadku była bardzo usatysfakcjonowana, gdy z prowadzić ją musiał drużba weselny. Gdy pani młoda wsiada na parokonny wóz, weselnica śpiewają:

/Mel. 3/
Zostańcie tu z Bogiem sućkie śtyry progi,
Bo już ostatni roz są tu nase nogi.
Pódźmy stąd, pódźmy stąd, bo nom tu nie radzi,
Niekze nos Pon Jezus do domu prowadzi.
Zagrojcie Jasiowi, anie byle komu,
Wiedziemy mu zonę az do jego domu.

Dalszy ciąg wesela odbywał się w domu pana młodego, a jego porządek dzienny nie wymaga bliższych objaśnień i można jego przebieg streścić cytatem z ballady Mickiewicza pt. „Pani Twardowska”: A więc „Jedzą, piją, lulki palą, tańce, hulanka, swawola.”


Jak wszystko w życiu tak i wesele choćby najdłuższy niepowstrzymanie zdąża do nieuchronnego końca. Kończono je tak, by nie obrazić uczuć religijnych i pod żadnym warunkiem nie zarwać piątku, do którego przyzwyczajono się jako do dnia powagi i skupienia, poświęconego pamięci męki wieczór śmierci Zbawiciela. Szeroko znana piosenka ludowa ostrzegała dawno, że „kto w piątek tańcuje a w sobotę śpiewa, niech się na niedzielę nieszczęścia spodiewa”. To też we czwartek wieczór starszy drużba przypomina piosenką, że czas już zakończyć wesele.

/Mel. 3/
Wszystkie przepiórki posły spać, posły spać,
Pójdźmy już do domu, bo już cas, bo już cas.
Pójdźmy już do domu, bo cas się zabiyrać,
Bo nos w piątek mogą w chlywie pozawiyrać.

Wesele kończono odśpiewaniem hymnu narodowego i pieśni religijnej, po czym wszyscy żegnali się i rozchodzili do domów.


Podzwonnem wesela i jakby osłabłym jego echem były odprawiane w najbliższą niedzielę poprawiny. Schodzili się na nie drużbowie i druhny, starostowie i starościne, ale już nie tak licznie jak na samo wesele. Nie brak tylko najbliższej rodziny tak i pani młodej jak i pana młodego. Zapraszano też bliższych sąsiadów. Poprawiny odbywały się w niedzielę po południu i trwały do nocy. Muzyka, śpiewy, tańce, dopijanie reszty trunków weselnych i wspominanie wspaniałości niedawnego przecież, a już należącego do przeszłości wesela. Już i piosenek zdaje się brakować, a może cierpiąca na kaca po przepiciu weselnym fantazja nie może zdobyć się na inwencję, dość że śpiewano byle co, co sobie ktoś przypomniał, nieraz bez najmniejszego związku z weselem. Śpiewano piosenki żołnierskie, piosenki nauczone w szkole i śpiewane przez dzieci przy swoich zabawach. Co jakiś czas ktoś przypominał śpiewem innym, jakby o tym nie wiedzieli, że:

/Mel. 3/
Już to nie wesele ino poprawiny
Już nie pani młodo ino gospodyni.

Na weselach i poprawinach tańczono chodzonego i krakowiaka. Do pierwszego tańca śpiewano:
/Mel. 18/
Jedzie, jedzie Żyd ubogi,
Siana nie ma owies drogi,
Siana nie ma koń mu zdycha
A ten za nim wóz popycha.
Przy drugim
/Mel. 19/
Nad mojom kolebkom matka się schylała
I po polsku pocisz mówić nauczała,

Śpiewano również następujące piosenki:
/Mel.3/
Grojcie muzykanty,
Zebym sie nie smucił,
Bo jo się niedawno z
Wojenki powrócił.
….








 

 







 

 

materiał pochodzi z opracowania: Wesele Lachów Limanowskich, Walenty Gawron, Materiały etnograficzne z powiatu limanowskiego, Z1, Z2, Z3, 1967-1986, Wrocław